Koncertowy tydzień – Juwenalia 2012

Na trochę przepadłem bez wieści, bo przez ostatni tydzień wieczorami przebywałem na koncertach. Jest to jeden z plusów mieszkania w dużym mieście – zawsze coś się dzieje, a na wiosnę za sprawą studentów to już w ogóle szał 😉 Łącznie spędziłem 5 wieczorów, widziałem 12 zespołów, w tym uczestniczyłem w bardzo wyczekiwanym przeze mnie koncercie grupy Strachy na Lachy!

Mój raport z Krakowskich Juwenaliów 2012 😉 Dodam, że uczestniczyłem wyłącznie w wydarzeniach na scenie koło klubu studenckiego Żaczek na Al. 3-go Maja 5.

Dzień 1: 15 maja, wtorek

Koncert trzech grup: Paprika Korps, Vavamuffin i Indios Bravos. Prywatnie polowałem głównie na Indios Bravos, ale podobało mi się wszystko, duży plus dla Paprika Korps. Sporo skakania, pozytywnych rytmów, pozytywnych ludzi. Przy okazji na koncert wpadł znajomy, na którego wpadłem przypadkowo, następnie się zgubiliśmy, znowu znaleźliśmy i na koniec znowu zgubiliśmy 😉 Końcówka w moim wykonaniu była słaba, bo złapałem dołka i zacząłem z lekka zamulać, ale ogólnie było miło.

Dzień 2: 16 maja, środa

Koncerty startowały od 17:15, ale z uwagi na zobowiązania w pracy dotarłem dopiero koło 19:30. W efekcie z sześciu występów z tego dnia widziałem trzy: Dagadana, Please The Trees i Czesław Śpiewa. Umknęły: Hatifnats, Low Cut i Bad Lights District – może innym razem. Tu pozytywnym odkryciem dla mnie jest Dagadana – jedyne kobiety, Dana (pochodząca z Ukrainy) urocza, a do tego było widać, że trzyosobowa grupa (dwie kobiety + mężczyzna na kontrabasie) wkłada ogrom serca w to, co tworzy. Muzycznie nie moja bajka, ale nie można im odmówić talentu i nowatorskiego podejścia (np. wykorzystanie dźwięków z zabawek).

Please The Trees z Czech nie znałem, koncert bardzo energetyczny, a wokalista zdecydował się na śmiały krok skoku ze sceny w publikę z mikrofonem, co zaskoczyło przynajmniej kilka osób, które znalazły się tam z piwem w rękach 😉 Tu nie spodobało mi się nagłośnienie – momentami był po prostu jeden wielki huk, coś nie wyszło.

Czesław Śpiewa to był ciekawy występ. Czesława Mozila na żywo nie widziałem i nie wiedziałem czego się po nim spodziewać. Okazało się, że łapał on chyba najlepszy kontakt z publiką ze wszystkich koncertów, między utworami (a czasami w trakcie ich trwania) robił różne zabawne wtrącenia (np.: stwierdził, że kiedyś był „haterem”, nienawidził różnych rodzajów muzyki, ale pewnego dnia… opił się i wszystko mu się zaczęło podobać). Towarzyszący mu muzycy to także była zbieranina bardzo ciekawych osobowości. To połączenie zaowocowało bardzo kolorowym widowiskiem. Przy okazji zrewidowałem swoje poglądy na temat muzyki Czesława – zdecydowanie nie jest to pop, przynajmniej nie w wymiarze, w jakim to pojęcie obecnie funkcjonuje i także nie bardzo jest to muzyka masowa tudzież komercyjna. Zadatków na odpowiednika Lady GaGi nie ma, to nie ten kaliber, bliżej mu do barda-wesołka (aczkolwiek nie wszystko, co śpiewa jest zabawne). Oczywiście to nie zarzut – raczej komplement 😉 Na zakończenie zagrali „Zanim pójdę” happysad we własnej, ciekawej aranżacji.

Dzień 3: 18 maja, piątek

Czwartek sobie darowałem, ponieważ nie pasowało mi to do zestawu muzycznego i przeskoczyłem na piątek. Tu na początku Zabili mi Żółwia – byłem na ich koncercie po raz drugi i wrażenia bardzo pozytywne. Chłopaki wkładają serce w granie, było dynamicznie, skocznie, a publika bawiła się świetnie. Pojawiło się jedno nowe nagranie, zapewne z nadchodzącej żółwimi krokami płyty „Wniebowzięci”.

Szkoda, że byli na samym początku, choć może w tym szaleństwie był sposób, bo… druga kapela – Ramzailech z Izraela – obawiam się, że nie ściągnęłaby tłumów. Nie są zbyt znani w Polsce (choć po koncercie było widać, że mają grupkę fanów). Rozdzielenie Zabili Mi Żółwia i happysad spowodowało, że osoby zainteresowane tylko tą dwójką zostali na Ramzailech trochę z przymusu, trochę z ciekawości. Mnie ich granie nie porwało – nie moja bajka muzyczna, ale podejrzewam, że dzięki temu koncertowi znajdą się osoby, które zainteresują się muzyką Ramzailech.

happysad (z małej – tak każą się tytułować) zaprezentował się fajnie, acz wokalista, Jakub Kawalec, sprawia wrażenie człowieka mega nieśmiałego (w każdym razie i tak ja go z pewnością przebijam pod tym względem 😉 ) i zarazem mega sympatycznego 😉 Na ich koncertach nie byłem nigdy, ale chciałem zajrzeć po pierwsze – z ciekawości, po drugie – z obowiązku lokalnego patriotyzmu – zespół pochodzi ze Skarżyska-Kamiennej, rzut beretem do mojej rodzinnej miejscowości, a w samym Skarżysku byłem nie raz, nie dwa 😉 Było ciekawie, ale muszę odnotować średnie zachowanie publiki na początku. Zbyt dynamiczne pogo zakończyło się wywaleniem się wiary, a ściana po prawej patrząc w stronę sceny nie wytrzymała. To się mogło skończyć nieciekawie. Niektórzy przecenili swoje możliwości…

Wracając do koncertu – cieszę się, że na niego trafiłem, bo przypomniałem sobie kilka utworów happysad z ich początków, które mi już uleciały z pamięci, a były naprawdę niezłe (zwłaszcza „Wrócimy tu jeszcze” – mój faworyt z ich dorobku).

Dzień 4: 19 maja, sobota

Dla mnie najlepszy z Juwenaliowych koncertów. O ile w dniach poprzednich trafiałem na losowe miejsca gdzieś bliżej lub dalej, to na Lao Che i Strachy na Lachy zapolowałem na miejsce przy samych barierkach – z powodzeniem! Nie było za dużego ścisku, idealna pogoda, świetna temperatura dzięki czemu nie było za zimno, ani za gorąco. Nie przeszkadzało mi absolutnie nic, dzięki czemu mogłem oddać się w 100% delektowaniu graniem. Lao Che ze „Spiętym” na wokalu zagrali świetnie – nie jestem ich wielkim fanem, ale muszę przyznać, że urzekli mnie. Generalnie każdy, po kim widzę, że na koncercie daje z siebie wszystko i widać jego radość z tego, że tu jest i gra – wywołuje na mnie pozytywne wrażenie.

Gwoździem programu były Strachy na Lachy i to był dla mnie najważniejszy koncert z całej serii. Nie zawiodłem się – było rewelacyjnie. Zespół zagrał dwa nowe utwory, jeden to był „Mokotów”, który kręci się po koncertach od jakiegoś czasu, ale nie został jeszcze wydany (o czarnych kotach), drugi – o artystach, padało tam parę nazwisk, tytułu nie znam (jeśli ktoś zna – liczę na podpowiedź 😉 ). Trochę trwała wymiana sprzętu na scenie po Lao Che, zastanawiałem się czemu, ale moje wątpliwości szybko się rozwiały – zapomniałem iż trwał finał Ligi Mistrzów. Grabaż na wejściu poinformował, że o wyniku zadecydują karne, co oznacza, że śledził sytuację 😉 Po kilku utworach dostał kartkę z napisem 4:3 w karnych o czym poinformował publikę 😉 O tej kartce jeszcze wspomnę, bo jej historia toczyła się dalej dnia następnego 😉 Drobna niespodzianka spotkała Kozaka – na starcie kopnął go mikrofon – podczas rozkładania sprzętu umknęło to ekipie technicznej, ale szybko sytuacja została opanowana. Za to na koniec zupełnie przypadkiem zobaczyłem Grabaża z bliska, ponieważ po koncercie zszedł, aby powiedzieć coś przedstawicielce płci pięknej, stojącej przy barierkach obok mnie 😉 Koncert był absolutnie świetny i jak widać Strachy na Lachy cieszą się niesłabnącą popularnością w kręgach studenckich – dużo osób zna teksty na pamięć, dużo śpiewa, jest interakcja. Grabaż zapowiedział ze sceny, że Strachy na Lachy pojawią się ponownie w Krakowie w grudniu.

Dzień 5: 20 maja, niedziela

Końcówka Juwenaliów. Start koncertów był od 19, ale z przyczyn technicznych dotarłem na 21, co spowodowało, że nie usłyszałem ani Laureatów przeglądu Rockrebel (grupa Crowd), ani przeglądu kapel studenckich PKS (grupa Meow). W ogóle w zasadzie rzutem na taśmę zdążyłem na Kult – przybyłem akurat na jakieś 10 minut przed startem, zająłem niezłe miejsce i czekałem na start. Jeśli ktoś zastanawia się, czy Kazik z Kultem faktycznie grają tak długo, jak powiadają, to informuję, że tak. Był to najdłuższy koncert na Juwenaliach i zarazem fantastyczny. Kazik jest w świetnej formie koncertowej. Nie brakło momentów humorystycznych, np.: Kazik dostał gitarę przy jednym z utworów i coś tam wydawało się, że grał. Na koniec z rozbrajającą szczerością powiedział, że kazali mu naciskać na piątym progu, to naciskał, tylko że jedną strunę, a okazało się, że mógł trzy 😀 Miał oddawać gitarę, ale zatrzymał się i mówi: „To co, rozwalamy gitary?”, ktoś ruszył na ratunek wiosła, nie zwróciłem jednak uwagi, czy techniczny, czy sam właściciel 😉 Nie potwierdzam, że Kazik ma z tyłu sceny tlen (nawiązanie do Pidżamy Porno „Marchef w Butonierce”: „A najdłużej zawsze jest tu Ten, kto ma z tyłu sceny tlen”), bo na tyły się nie udawał 😉 Ma za to gigantyczne pokłady energii 😉 Historii Grabażowej kartki z wynikiem karnych LM ciąg dalszy: nie zwróciłem na to uwagi w sobotę, ale przypuszczalnie Grabaż kartkę złożył i odłożył na scenę. Ów kartkę znalazł nieoczekiwanie Kazik i pokazał w trakcie koncertu Kultu, zapewne nie zdając sobie sprawy skąd pochodzi 😉

PS: Na koniec dobrym pomysłem okazało się być pozostanie przy barierkach. Stoję sobie, sączę piwko, a tu po mojej lewej coś się świeci – 2 zł. Podnoszę i chowam, za moment zerkam – jeszcze jedno 2 zł. Pozdrawiam zapewne zrozpaczonego właściciela zgubionych 4 PLN, które pokojowo przejąłem 😉

Podsumowanie

Wszystkie koncerty były świetne, pogoda generalnie dopisała (lepsza była końcówka), wiara dopisała, muzycznie absolutnie wspaniale, świetne prowadzenie (Bartek). Jeśli w przyszłym roku będę miał na tyle sił i jakimś cudem dożyję, to postaram się także wkręcić i gorąco polecam innym. Pięć dni niesamowitych wrażeń za moim zdaniem rozsądne pieniądze (bez ulg 20 zł + 20 zł + 25 zł + 30 zł + 30 zł = 125 zł, nie licząc browarów – do 20 były po 5 zł, później po 6 zł i kiełbaski z grilla po 7 zł).

Natomiast organizacyjnie przyznaję 4-. Ogólnie jest fajnie, ale byłem w tym samym miejscu także na koncertach w zeszłym roku i są pewne kwestie, które można by podciągnąć/poprawić.

Podejrzewam, że miejsce jest wybrane z uwagi na gotowe ogrodzenie oraz bliskość zaplecza technicznego, ale moim zdaniem jest tam za mało przestrzeni. Na koncerty mogłoby przyjść więcej osób, o czym zresztą świadczą wpisy w sieci – widziałem przykładowo na forum happysad, że już na tydzień przed koncertem nie było szans na bilety (ja byłem sprytny i kupiłem pierwszego dnia sprzedaży, tj. 8 maja). Dodatkowo jest tam dość ciasno m.in. z powodu wcinania się schodów od klubu w teren i obecności namiotu akustyków/oświetleniowców na środku. W pierwszy dzień brakowało także wyraźnie toalet – były cztery „mobilne” + to, co jest w klubie. Gigantyczne kolejki i przypadki oddawania moczu w krzaki za ogrodzeniem zapewne spowodowały pojawienie się kolejnych trzech „mobilnych”, ale i tak było z tym kiepsko, daleko do poziomu koncertu na ekonomicznym dwa lata temu.

Z niejasnych dla mnie przyczyn wyjście od strony Alei Mickiewicza było otwarte tylko we wtorek i sobotę. W pozostałe dni wrota pozostawały zamknięte mimo dumnego napisu WYJŚCIE nań. Dziwne, bo akurat większość zmierzała właśnie w tamtym kierunku. Efekt: zadeptany trawnik na około. A wyjście prowadziło prosto na chodnik i gdyby było otwarte, to by trawnik ocalał.

Tragiczna komunikacja – w nocy w zasadzie tylko 610 i to tak rzadko kursujący, że na piechotę byłem szybciej, choć miałem do przejścia pół miasta. Do tego jak już autobus akurat się trafił, to zapakowany do granic możliwości – autobus.rar z najmocniejszą metodą kompresji 😀 Miałem pomysł jak się wpakować, a następnie zrobić sporo wolnego miejsca wokół siebie (wystarczy rzucić na całe gardło „będę rzygał!” 😀 ), ale jednak odpuściłem sobie ściskanie się z komunikacji miejskiej. W sobotę widziałem dodatkowo autobusy puszczone na Noc Muzeów, ale z abstrakcyjną trasą. Cóż – chociaż potrenowałem chodziarstwo 😉

Na drobny minus można uznać też fakt, że z uwagi na charakter imprezy wśród publiki zdarzały się osoby, które nie przyszły na koncert, tylko się nawalić jak świnie. Nie było tego dużo, ale na typowych koncertach to się raczej nie zdarza. Pociąga to za sobą trzy sprawy: wnoszenie i stanie z piwem wśród osób skaczących lub nawet samemu skakanie z piwem (wylewanie/oblewanie stojących obok – nie każdy życzy sobie piwnego deszczu na ubraniu), brak umiaru, co kończy się delikatnie rzecz ujmując problemami żołądkowymi (i daj Bóg, żeby nie na kogoś, aczkolwiek nawet jak na ziemię, to nigdy nie wiadomo, czy ktoś w to później nie wlezie) oraz brak wyczucia swoich możliwości, co powoduje, że najpierw przepycha się pod same barierki, a za pięć minut odwrót za potrzebą i znowu popychanie ludzi w drugą stronę.

Generalnie jednak jak pisałem wcześniej – świetny tydzień, moc wrażeń muzycznych, śliczne studentki (jako stary cap mogę się co najwyżej popatrzeć, bo kto takiego starego kunia jak ja by chciał 😉 ), kiełbaski, piwo i chwila odpoczynku od codziennych spraw. Było miło, się skończyło, „snap back to reality” jak to śpiewa Eminem.

PS: Przepraszam za brak zdjęć – uznałem, że nie będę brał telefonu, więc byłem bez czegokolwiek, co nadaje się do robienia zdjęć. Wszystko zostaje w mojej pamięci.

Jedno przemyślenie na temat “Koncertowy tydzień – Juwenalia 2012

  1. Aż zazdroszę wrażeń nooo 🙂 Warto docenić Juwenalia w swoich miastach, więc po znajomości pozdrawiam Białystok 😀
    P.S. Amatorki koniny łapki w górę 😉 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *