Śpiewające anioły

Mimo wyraźnego braku formy w pisaniu z uwagi na doła, podejmuję próbę spłodzenia zapowiadanego wpisu muzycznego. Tym razem chciałbym przybliżyć pięć (moim skromnym zdaniem) utalentowanych śpiewających kobiet… przepraszam – wróć – aniołów, bogiń, które zstąpiły na ziemię, aby za sprawą swojego talentu dać słuchaczom ukojenie. Lista jest dłuższa niż ta „piątka”, ale nie mam gotowej listy w pamięci i niekiedy przypominam sobie głosy dopiero, gdy je słyszę. Z uwagi na ulotną pamięć w tym zakresie – ciężko z zestawieniami 😉

Zastanawiałem się, jaką strategię przyjąć w kwestii kolejności. Nie śmiałbym określać kogo lubię bardziej, a kogo mniej z wymienianych Pań, więc numerowany ranking i przyznawanie pozycji odpada. Najsprawiedliwiej będzie chyba, jeśli wymienię aniołki wg kolejności ich poznawania przeze mnie. Proszę więc nie doszukiwać się innych przyczyn co do ustawienia.

Kate Bush

Kate Bush jest pierwszą wokalistką z wymienianych, jaką usłyszałem i było to bardzo dawno. Na tyle dawno, że nie jestem już pewny, które z nagrań było tym pierwszym. Wydaje mi się, że Running Up That Hill. Wtedy nie byłem jeszcze świadomym słuchaczem, nie miałem wystarczająco otwartych horyzontów, aby nagrania Kate do mnie przemówiły. Nie pamiętam także, kiedy się to zmieniło – było to płynne przejście od obojętności przez zauroczenie do płomiennego uczucia. Na miłość od pierwszego wejrzenia nie było szans, bo nie byłem wystarczająco dojrzały do zakochania się w muzyce.

Czego szukam/co słyszę w muzyce Kate?
To wolność, szaleństwo, pasja. Żywe uczucia, feeria, eksplozja światła, kolorów. Intymność.

Ulubione nagrania?
Zdecydowanie Hounds of Love, ale polecam także The Sensual World i Suspended in Gaffa (w sieci krąży też jako Her Greatest Dance). Wuthering Heights, Running Up That Hill, Cloudbusting, Babooshka, nowsze nagranie King of the Mountain i duet z Peterem Gabrielem – Don’t Give Up są także bliskie memu sercu, ale pierwsza trójka chyba najbardziej oddaje to, czego szukam.


(Help Me, Someone! Help Me, Please!)

Album Aerials z 2005 roku bardzo mnie ucieszył – nagranie King of the Mountain trafiło akurat na dziwny okres w moim życiu, dało mi sporo siły, żeby przetrwać tamte trudne czasy. Wtedy wspierało mnie jeszcze jedno nagranie od innego śpiewającego anioła, ale o tym dalej.

Tori Amos

To moja platoniczna miłość (aczkolwiek wstyd się przyznać – jedna z wielu – łatwo się zakochuję). Piękna i niebywale utalentowana. Po raz pierwszy trafiłem na nią za sprawą nagrania Cornflake Girl i nie dość, że nie powaliło mnie akurat ono na kolana, to i po dziś dzień nie jest to mój faworyt z nagrań Tori. Mimo tego posiadam do tej pory klip, nagrany na VHS z niemieckiej Vivy (dziś nikt by mi nie uwierzył, że Viva kiedyś potrafiła zagrać Tori Amos, R.E.M., czy Bruce’a Springsteen’a itp. – teraz jest to nierealne). Jakoś tak wyszło, że podobnie jak w przypadku Kate Bush – to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pamiętam dokładnie każdą chwilę, w której zmieniał się mój stosunek do Tori. Zauroczenie to była jej wersja Strange Little Girl z 2001 roku (org. The Stranglers – także urocze). Pazur w jej interpretacji bardzo mi zaimponował. Miłość przyszła rok później za sprawą A Sorta Fairytale – kolejnego singla. Nie mogło stać się inaczej – nie mógłbym przejść obojętnie obok wokalistki, która dwoma nagraniami wydanymi po sobie doprowadza mnie niemal do muzycznej ekstazy. To jednak nie są jeszcze moje ulubione nagrania. Znowu rok 2005, w radiowej Trójce pojawił się singiel Sleeps with Butterflies i jest to chyba najdoskonalsze nagranie, jakie kiedykolwiek słyszałem! Coś tak pięknego i tak chwytającego za serce, że nie da się opisać słowami tego, co czuję, gdy słyszę ten utwór.

Czego szukam/co słyszę w muzyce Tori?
Piękno, delikatność, powiew subtelnego wiatru, ale dzikiego, nieujarzmionego, świeżość i rześkość.

Ulubione nagrania?
W zasadzie wymieniłem, więc tylko dla uzupełnienia:


(to nie jest teledysk emitowany swego czasu w TV, ale wolę ten obraz, bardziej działa na moją wyobraźnię)

W każdym razie nie bez znaczenia jest też fakt, iż Tori Amos jest (dla mnie) niezwykle piękna, jest to powiedzmy jeden z ideałów kobiecości – piękna dusza, piękne ciało. Spotkałem kiedyś kobietę, która zachwyciła mnie w równym stopniu – nawet nie zwróciła uwagi na takiego szaraka jak ja. Było (i jest) mi przykro, ale takie sytuacje pokazują, gdzie jest moje miejsce w szeregu – na szarym końcu.

Enya

Kate Bush, Tori Amos i Enyę łączy jedna wspólna cecha – nagrania tej trójki usłyszałem po raz pierwszy w czasach, gdy nie przywiązywałem aż tak dużej wagi do tego, czego słuchałem i nie delektowałem się dźwiękami. Podobnie będzie z kolejną artystką, a wybór ostatniej był już świadomy i od początku wiedziałem, że jest niezwykła. Nie wyprzedzając faktów – Enya jest dla mnie w pewnym sensie przeciwieństwem Kate Bush i Tori Amos. Przeciwieństwem w sensie zastąpienia dzikiej wolności i szaleństwa – ciepłem i spokojem, opanowaniem (co nie znaczy, że Enya nie ma w sobie tej iskry szaleństwa – wszak sama śpiewała Wild Child, ale to jakby inny typ, inna wrażliwość, nieporównywalna). Czego innego szukam i to znajduje.

Czego szukam/co słyszę w muzyce Enyi?
Nieskrępowane szaleństwo, wolność i dzikość zostają nieco ograniczone na rzecz wspomnianego ciepła, spokoju, opanowania. Muzyka jest bardziej stonowana i pasuje na zupełnie inne okazje.

Ulubione nagrania?
Wbrew opinii większości (?) zamiast ogranego w stacjach radiowych Orinoco Flow wolę Carribean Blue i to mój ukochany utwór Enyi. Zaraz za nim jest Only Time, a z wartych odnotowania – May it be, który mam zachowany na VHS (także z niemieckiej Vivy).


(teledysk jest genialny, polecam szczególnie uwadze „wzrokowej” fragment od 1:26, gdy Enya patrzy prosto w kamerę, bo uwaga „słuchowa” jest wymagana przez całe 3:42)

Tracey Thorn (Everything But The Girl)

Tu może być pewne zaskoczenie, ponieważ duet Everything But The Girl jest znany raczej z nagrań elektronicznych, ale nie powinno to uśpić Waszej czujności, bo nigdy nie wiadomo kto co może stworzyć 🙂 EBTG i samą Tracey poznałem w totalnie odwrotnych okolicznościach, niż Tori Amos, ponieważ o ile w pierwszym usłyszanym nagraniu Tori się nie zakochałem, to tu stało się totalnie odwrotnie i pierwsze nagranie jest zarazem moim ulubionym. Posiadałem je także na VHS, zarejestrowane z MTV i chodzi o ich interpretację utworu I Don’t Want To Talk About It z 1988 roku (org. Crazy Horse, ale najbardziej znane jest wykonanie Roda Stewarta). Wykonanie Everything But The Girl zachwyca, rozpływam się, gdy to słyszę. EBTG przypomnieli o sobie w 1995 roku za sprawą przeboju Missing, ale to był już inny kierunek (nie mówię, że zły – poniżej oprócz wspomnianego I Don’t Want To Talk About It wklejam Walking Wounded – słuchając to późną nocą przy odpowiednim klimacie – może wywołać szok)

Czego szukam/co słyszę w muzyce EBTG/Tracey?
Pierwotnie za sprawą wspomnianego już ulubionego nagrania – wiosny, nadziei, moja wyobraźnia podstawia naturę budzącą się do życia. Dokonania późniejsze odnoszą się do innych obszarów eksploracji świata muzycznego, nie będących tematem tego wpisu (industrial).

Ulubione nagrania?
Bez zbędnych dodatkowych wyjaśnień:

Katie Melua

Katie jest moim świadomym wyborem muzycznym i to jest też ten anioł, który wspierał mnie, obok pojawienia się (powrotu) Kate Bush w 2005 roku, chodzi dokładnie o nagranie Nine Million Bicycles. Ten utwór sprawił, że ją „odkryłem” i za jego sprawą zacząłem eksplorować dokonania Katie, dokopując się do jej pierwszego singla The Closest Thing to Crazy, który jest moim ulubionym jej nagraniem po dziś dzień.

Czego szukam/co słyszę w muzyce Katie?
Subtelności, dotyku (czy muzyka może dotykać? oczywiście, że tak), obłoków, błękitu nieba, motyli…

Ulubione nagrania?
Jak wspomniałem – The Closest Thing to Crazy i Nine Million Bicycles.


(kocham fragment instrumentalny od 1:35, ale cały utwór jest niesamowity)

Co dalej?

Uważny czytelnik zapyta: ale zaraz, przecież Tori Amos dalej wydaje, Katie Melua też, Kate Bush także coś opublikowała. Czy po 2005 roku nie nagrały nic pięknego, czy może mi się coś na uszy rzuciło? Ani jedno, ani drugie. Od kilku lat jestem tak mocno wciągnięty w wir pracy i codziennej rutyny, że jeśli już mam czas na słuchanie czegokolwiek, to słucham rzeczy sprawdzonych. Duch odkrywcy we mnie nie umarł i raz na czas zapuszczam się w nieznane obszary muzyczne, ale nie mam już tyle czasu co kiedyś, tyle spokoju. Nie zawsze jedno przesłuchanie wystarczy, aby zakochać się bez pamięci w nagraniu. Nie wykluczam, że lista moich ukochanych nagrań pięciu aniołów się poszerzy – muszę tylko znaleźć wystarczającą ilość zasobów czasowych, aby nie zepsuć pierwszego spotkania, czasami wrażenia z pierwszej randki mogą zaważyć na przyszłości. Szkoda byłoby przekreślić ew. związek z własnej winy, czyż nie?

2 przemyślenia na temat “Śpiewające anioły

  1. Ależ z Ciebie dobry człowiek. Śledzę Twoje wpisy już od dawna i naprawdę po każdym kolejnym następuje masa przemyśleń i swoisty powrót do siebie. Może jestem zbyt młody by to ogarnąć ale to co można tu przeczytać jest po protu prawdziwe i piękne. Pozdrawiam.

  2. Dziękuję z całego serca @Janusz, to miejsce jest jedynym, gdzie mogę być w 100% szczerym i wyrazić to, czego nie mogę na co dzień z wielu różnych powodów. Cieszę się, że jednocześnie nadaje się to do czytania 😉

    Przy okazji muszę uzupełnić wpis o jedno nagranie, o którym zapomniałem, a było ono dla mnie także bardzo ważne. Pamiętam, jakby to było wczoraj, że rejestrowałem je z Listy Przebojów Trójki i zabrakło mi dosłownie kilka sekund na kasecie, w efekcie nagranie mam ucięte w swoich zbiorach, ale na szczęście pomocą służy YouTube.

    Zapomniałem o „iskierce” od Tori Amos: http://www.youtube.com/watch?v=G986oGhHU88 – to był dla mnie także bardzo wyjątkowy utwór, ale jakoś uleciał przy tworzeniu wpisu. Wpadłem na niego dziś przypadkiem i wspomnienia wróciły… To jeden z tych pięknych momentów, gdy nagle wpadam na coś, co znam, a jakoś zapomniałem. Takie spotkanie po latach jest czymś wspaniałym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *