Jak człowiek staje się alkoholikiem

Czas na trudny tekst. Mam w rodzinie dość przykry przykład osiągania dna dzięki problemom alkoholowym. Wrzucam ku przestrodze. Droga do stania się alkoholikiem nie jest długa, a moment w którym przechodzi się na „ciemną stronę mocy” jest trudno uchwycić. Ja widziałem pełną przemianę od osoby zdrowej i silnej do niemal dna (i utknięcia na tym dnie po dziś dzień). Sam prywatnie z uwagi na obecność w rodzinie osób nadużywających alkohol wiem, że mam predyspozycje do stania się alkoholikiem (bo i osoba, o której mowa odziedziczyła tą skłonność), ale na szczęście przynajmniej do chwili obecnej udaje mi się skutecznie unikać wpadnięcia w nałóg.

Zawsze powiadam, że raz na czas „zresetować” się jest dobrze, ale ten czas jest u mnie rzadki, tylko jakaś okazja, góra kilka razy w roku. Smaku alkoholu (piwo/wino/wódka/cokolwiek innego) nie lubię, nie lubię także następnego dnia – nawet po dwóch piwach zawsze następnego dnia czuję, że nie jestem tak świeży, jakbym był, gdybym nie wypił nic, więc też nie mam ciągu do picia, raczej obrzydzenie i mnie to cieszy.

Bałbym się, gdybym obrzydzenia nie miał, bo to pierwszy etap. Oto jak widzę genezę problemu alkoholowego u jednej osoby z mojej rodziny:

1) Zaczyna się prosto – skojarzenie alkoholu z dobrą zabawą, czyli zawsze jak się coś chlapnie, to szybciej czas leci w grupie, fajnie się gada. Gdy ktoś zatrzyma się tylko na tym i za często nie będzie sobie robił okazji do zabawy z alkoholem – jest bezpieczny. Tu moja pierwsza rada: wychodzisz ze znajomymi codziennie? Co dwa trzy razy zamień browar na soczek/mineralkę, a jeśli nie masz odwagi nie pić w grupie – to już lepiej takich kumpli olać.

2) Ponieważ z alkoholem jest fajnie w grupie, to będzie też fajnie w domu sobie strzelić piwo, może dwa, albo kilka lampek wina. Szybciej popłynie czas.

3) Na horyzoncie pojawia się problem, robi się jakaś ciężka sytuacja, choćby brakuje kasy, albo ilość obowiązków nas przerasta. Dzieje się w życiu źle. Ponieważ alkohol kojarzy się z przeskoczeniem problemów, zabawą, szybciej płynącym czasem – pijemy, żeby zapomnieć i „zabawić się”, zrelaksować. Tu już powinno zapalić się w głowie czerwone światło. To nie jest rozwiązanie problemów, tylko ich odsuwanie i kumulowanie.

4) Wieczór bez piwa, wina (już nie lampki, ale butelki) jest nie do zniesienia. Bez alkoholu robi się nerwowo. Alkohol przynosi ukojenie po ciężkim dniu. Trzeba się napić, koniecznie. Zaczyna się ukrywanie przed bliskimi, jeszcze skuteczne, bo może uda się rodzinie nie wyczuć.

5) Sytuacja się pogarsza, pijesz coraz więcej. Próbujesz to ukrywać, ale nie wychodzi, tracisz pieniądze zaciskając sobie pętlę, bo później skądś te pieniądze trzeba odzyskać. Bliscy zaczynają widzieć, że nie jest się trzeźwym, ukrywanie nic nie daje, śmierdzi się piwskiem, coraz mniej o siebie dba, bo nie ma na to mocy. Wygląda się na tym etapie coraz gorzej.

6) Już nawet nie ukrywasz, że pijesz, po prostu ordynarnie walisz piwo, wino, wódę, cokolwiek się nawinie przy wszystkich. Zrzucasz winę na innych, że oczerniają Cię od alkoholików, ale fakty są takie, że nie możesz nie pić. Nie potrafisz. Najgorsze są momenty, gdy masz przebłyski, że jednak jesteś dnem. Natychmiast zapijasz smutek. Jednak przez większość czasu alkoholik kompletnie nie widzi problemu. Dla niego jest wszystko OK, normalne. Dla bliskich to dramat, bo próby zwrócenia uwagi kończą się atakiem. Osobie, która problemu nie widzi i nie chce pomocy – moim zdaniem pomóc się nie da. Dlatego bohater wpisu utknął na dnie. Albo może jeszcze dna nie osiągnął, tylko spada?

Ile czasu potrzeba na przejście od pkt. 1 do 6? Wydaje mi się, że jest to do zrobienia w 2-3 lata. Wszystko dzieje się stopniowo, ciężko uchwycić granicę między etapami. Ja je wszystkie widziałem na własne oczy i nie wiem, czy nie zobaczę może kolejnych, punkt zawsze można dopisać. Przypomina mi się cytat z klasyka (nagrany apel z wojska, kręci się po Internecie): „wódka jest dla mądrych ludzi, i piwo, a nie dla baranów. Barany piją wodę z koryta, albo kwaśne mleko, najwyżej sraczki dostaną”.

Moje prywatne zdanie – jeśli to czytasz i jesteś już na pkt. 1+2 (czyli pijesz jak wychodzisz i mocno szukasz okazji do wyjścia, a jak nie wychodzisz – pijesz w domu), to masz problem. Wystąpienie pkt. 3 jest kwestią czasu. Tylko od indywidualnych predyspozycji zależy, czy polecisz przez resztę pkt. jak burza, czy opanujesz się i cofniesz do 1, a najlepiej do 0.

Granica między dobrą zabawą, a nałogiem jest cieniutka.

Mam nadzieję, że nigdy już nie będę musiał oglądać takiego smutnego obrazka, ani sam się nie poddam. Gdyby jeszcze ktoś wokół mnie wpadł w szpony nałogu, nie byłbym mu w stanie pomóc, jestem sam za słaby psychicznie. Uciekłbym jak najgorszy tchórz, ale nie mógłbym na to patrzeć. Przepraszam 🙁 Na szczęście wszyscy, których znam, problemów także nie mają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *