Tutaj już nie ma, nie ma dla mnie miejsca…

Ostatnie dwa tygodnie pokazały dobitnie, że utknąłem. Pojawienie się w Krakowie miało być dla mnie darem od losu, okazuje się być przekleństwem. Cały świat stał przede mną otworem, po kilku latach widzę, że tym otworem jest d***. Jedyne co mi do głowy przychodzi, to „znowu w życiu mi nie wyszło” i zaraz potem „pokonałem się sam, oto wyśnił się wielki mój sen” no i na koniec idealnie pasujące „otwieram drzwi i nie mówię już nic, do czterech ścian” (Budka Suflera, Perfect).

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jeszcze trochę i zostanę sam. W zbliżające się święta mam do wyboru albo jechać do resztek rodziny i przeżyć kolejne rozczarowanie porównując to co zastanę z tym, co chciałbym w święta przeżyć, albo siedzieć sam, zapewne coś robiąc, bo jedynym sposobem na zajęcie umysłu i odwrócenie uwagi od życiowego gnoju jest zajęcie się czymkolwiek. Rodziny niemal brak, przyjaciół ilość skromna, zresztą każdy ma swoje problemy i zajmuje się sobą, taki brud spod paznokcia jak ja nie sprawia na nikim wrażenia.

Jaki jest sens życia i męczenia się z każdym kolejnym dniem? Szczęścia brak, zostało zadeptane (z pomocą kilku osób) przez rzeczywistość. Zdrowie siada na każdym kroku. Pieniądze są na tyle, żeby przeżyć. Nie ma w kim szukać wsparcia, nie śmiem nawet – każdy ma własne problemy, kto by chciał czyichś słuchać? Pomijając fakt, że nie jestem w stanie swoich dokładnie określić, to zbitek wielu nakładających się na siebie dziwnych sytuacji, które sam sobie sprawiłem. Usta otwieram już tak rzadko, że czasami mi się wydaje, że się skleiły. Słuchać nie mam siły, bo zbyt dużo biorę do siebie, słowa mnie coraz częściej głęboko ranią. Uciekać w pracę także już nie mam siły, bo biorąc na siebie nadmiar obowiązków już strzeliłem sobie samobója, nie wyrabiam w żadnym zakresie, co jeszcze bardziej podcina mi skrzydła. Nie widzę żadnego sposobu na rozwiązanie tego wszystkiego (nie licząc metod drastycznych).

Jestem zmęczony, porzucony, samotny. Ostatnie światełko w tunelu zgasło, brnę po omacku, nic nie widzę, nie mam siły. Nie mam gdzie uciekać, bo nie mam żadnej bezpiecznej przystani. Jakby tego było mało – co raz ktoś albo kopnie, albo przywali. Jeśli noga w życiu mi się powinie, to zostanę sam i z niczym. Znowu brnięcie dalej w ten syf także nic nie daje, to chyba tylko odkładanie nieuniknionego.

Jeśli nie wprowadzę w życie metody drastycznej (pewnie nie, nie mam na razie odwagi), to na dniach zbiorę się i spreparuję nowy wpis muzyczny. Idą święta. Jestem fanem muzyki świątecznej, tzw. „z dzwoneczkami”. Wydaje mi się pozytywna i odkopuje w zakamarkach umysłu krótkie momenty z dzieciństwa, gdy jeszcze wszystko trzymało się kupy i było mniej-więcej tak jak powinno być. Są wśród utworów zimowych zapomniane perełki, chciałbym jedną Wam przybliżyć, bo chyba jeszcze tego nie robiłem. Coś czego nie usłyszycie w żadnym radio – piękne i kompletnie zapomniane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *