Nienazwany dół

Jest noc z piątku na sobotę. Miałem iść na T.Love, nie polazłem. Siedzę i (klasycznie już) zamulam. Cytując klasyka: znowu mam doła (Kury, ale to wykonanie – jasny karabin, wolę Pidżamę Porno na żywo, rozumiem, że chcieli pastisz zrobić, ale no nie mogę po prostu tego słuchać, me uszy cierpią gdy puszczę oryginał, szacun za tekst). Nie mam pewności o co znowu mi chodzi. Zresztą jakby to było tak łatwe, że bym wiedział, to bym następnie ten problem rozwiązał. Przyczyna dołu zostałaby zlikwidowana, a co za tym idzie sam dół także.

Podejrzewam, że to jakiś miks moich talentów, na czele z faktem iż regularnie wszystkich na około zawodzę. To taka pętla – raz nawalę, wpadam w doła, który powoduje, że nawalam bardziej w czym innym i ładuję się w kolejny dół. Jak to mawiają programiści: wleciałem w infinity loop, który wpiernicza coraz więcej zasobów systemowych. Overload to kwestia czasu – wszak żaden system nie dysponuje nieskończoną ilością tychże zasobów.

Dziś to już kompletnie spaściłem, rekord spaszczenia pobity. Nie mam się niestety czym szczycić. Drobne światełko to powodzenie pewnej operacji na elektronice. Wkrótce się czymś tu pochwalę, taką drobną poboczną pasją. Światełko to jednak wątłe, przysłania je mega cień nadchodzących kilku dni, gdy muszę uderzyć w trasę, do miejsc, których wolałbym nie nawiedzać.

Ale to wszystko jest bez sensu. Położyłbym się, ale mam jeszcze robotę na głowie. Praca w redakcji nie kończy się nigdy, trwa 24/7/365. Nie studiujcie dziennikarstwa, idźcie na leśnictwo – bycie leśnikiem wydaje się być spoko (wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma). Siedzisz w drewnianej chatce i patrolujesz las 😛 Tylko ta przebrzydła biurokracja. Ale las w zimie jest spoko. Wyobrażam sobie siebie – wyglądam przez okno, prószy śnieg, biało w około, w tle Paul McCartney – Once upon a long ago (albo Genesis – Snowbound). Jest mi ciepło i bezpiecznie, a wokół biało. To nigdy nie nastąpi.

PS: Co roku piszę do RMF-u, żeby do playlisty RMF Święta dodali dwa w/w utwory i co roku jestem radośnie olewany gęstym sikiem. Przecież to takie dobre zimowe utwory. Niestety widać za mało popularne. Nie mają wystarczająco wysokich słupków słuchalności. Maraja „silikonowe cycki” Karej sprzedaje się lepiej (ktoś pamięta, że ta kobieta przebiła się najpierw talentem? dopiero później coś się jej porobiło) Wszystko kręci się wokół słupków. Jeśli nie jest się częścią szarej, identycznie myślącej masy ludzkiej, tylko indywiduum (nie twierdzę, że ja jestem – to nie o mnie), to się nie można przebić.

Wybiegam w przyszłość, zimy na razie nie ma.

Mr. Depression

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *