Dlaczego nie lubię chodzić do lekarza?

Choróbsko, którego nabawiłem się kilka dni temu okazało się być dużo poważniejsze, niż mi się na początku wydawało. Na tyle poważniejsze, że po raz pierwszy od jakichś może 5-7 lat musiałem wybrać się do lekarza ogólnego. Jak zwykle nie obyło się bez poirytowania – czy zawsze nie dość, że człowiek jest chory, to się jeszcze musi nadenerwować?

Zaczęło się w czwartek – sytuacja przerosła mnie jeszcze w pracy, więc zdecydowałem, że wyjdę godzinę wcześniej, jak tylko dotarłem do domu, już ledwo co widziałem na oczy, więc dzwonię po lekarzach. Wrzucam w Google prywatne przychodnie + miasto i dzwonię po najbliższych, żeby szybko wbić się jak najbliżej miejsca zamieszkania, nawet za kasę, byleby mnie ktoś zbadał, coś mi przepisał i żeby sprawa szybko się zamknęła. Tu pojawia się niespodzianka 1:

Nikt nie chce moich pieniędzy, w pobliżu przychodnie prywatne są pozamykane + w ramach bonusu dostaję opiernicz jak śmiem o 18 dzwonić, bo oni już nie pracują… Jak nagły przypadek to pogotowie, a jak nie, to może mnie tam gdzieś wpisać łaskawie w przyszłości… Dobra…

Szukam, czytam, przecież niemożliwe, żeby tylko pogotowie działało. Okazuje się, że od 1 marca znowu się coś pozmieniało i teraz obsługę medyczną zapewniają wybrane placówki, które zgarnęły kontrakt, u mnie w mieście z podziałem na dzielnice. Szukam swojej – Google nic na ten temat nie wie (później się wyjaśniło, ale o tym dalej), znalazłem nieco dalej, dzwonię – Pani w słuchawce odpowiada ok. mogę przyjść, ale nie ma zapisów, jak będzie kolejka, to będzie, sobie posiedzę. Ponieważ ledwo co rozumiałem co się wokół mnie dzieje, uznałem, że nie da rady – odczekam do jutra (tj. do dziś), położyłem się. Czyli niespodzianka 2:

W służbie zdrowia trzeba być na bieżąco – nawet jak nie chorujesz musisz znać adresy wszystkich placówek, najlepiej w całym mieście, z godzinami przyjęcia i telefonami włącznie na pamięć. Dodatkowo trzeba śledzić wszystkie wiadomości na onetach, interiach itp., żeby nie wypaść z obiegu. Inaczej jesteś uznawany za idiotę (o czym miałem się jeszcze przekonać).

Dzień 2 (dziś). Wstaję, od rana załatwiam książeczkę ubezpieczeniową (nie dopilnowałem, ale jak i tak miałem już poślizg, to uznałem, że ją ściągnę), pomaga mi kumpel, który ostatecznie mi ją dowozi i zabiera mnie do placówki, do której dzwoniłem wczoraj. Niespodzianka 3:

Placówka z „24” w nazwie, która ma niby całodobową opiekę zapewniać tak naprawdę jest czynna od 18 do 8 – to jest „całodobowo” w rozumieniu służby zdrowia. Pocałowałem klamkę. Na szczęście jakieś kilkaset metrów jest inna, czynna w dzień (cud).

Wchodzę, zapisuję się. Powiadam adres zamieszkania, Pani robi wielkie oczy i powiada, przecież to nie Pana placówka + wzrok „ale z Pana idiota”. W odpowiedzi mój wzrok „litości kobito!”. OK, siedzę, czekam, wchodzę, coś mnie tam osłuchuje, wystawiam język, pomiar ciśnienia, próba pomiaru temperatury (nie udało się – termometr zepsuty – cóż…). Ostatecznie w zasadzie chyba jestem chory (no niemożliwe!), zapewne po objawach zapalenie zatok, dostaję stos leków + poradę, że jakby co, to dzwonić po pogotowie (scena jak z Dr House, tj. byłem tak przerażony, że zrobiłem oczy jak większość pacjentów tytułowego bohatera, gdy mówi im na co są chorzy), Pani miała jednak dobre intencje, bo jak wiedziała, że się nie znam na służbie zdrowia, to może jak mi coś będzie to umrę w domu, zastosowała więc prewencyjne działania informacyjne. Dostaję L4, ledwo co widzę na oczy, pomyliłem NIP – dostaję bulwers + wzrok „ale z Pana idiota”. W odpowiedzi mój wzrok: „litości kobito!”. Ostatecznie jednak Pani była miła i udało się wybrnąć, ogólnie jestem umiarkowanie zadowolony. Zresztą zawsze mogło być gorzej – w sumie za darmo się wbiłem + kolejka była śladowa. Nie mogę też powiedzieć, że się nie starają tam, ale wolałbym zapłacić tą powiedzmy stówkę za wizytę i żeby nie traktowano mnie jak kupę mięcha tylko jak chorego człowieka potrzebującego pomocy (tj. nigdzie nie dzwonię, wchodzę, lekarz jest wolny, przyjmuje mnie od razu, bada, przepisuje leki, płacę, wychodzę, albo jeszcze lepiej: nigdzie nie wychodzę, lekarz przyjeżdża, bada, recepta + biurokracja na miejscu, płacę, wychodzi, ekstra marzenie: L4 mogłyby być w formie elektronicznej). Dodatkowo: od odrobiny współczucia jeszcze nikt nie umarł.

Apteki w pobliżu nie widać. Najwyraźniej dobrze się zakamuflowała, bo zwykle są koło placówek tego typu, ale wracam do siebie zadowolony, bo przecież aptekę mam blisko. Jaki to straszny błąd rozumowania był – niespodzianka 4: apteka wcale nie musi być wyposażona w to, co mam na recepcie. Jak się okazało nie była. I to nie tylko ta, ale i kolejna nieco dalej. Dopiero w trzeciej (dobre 20 minut w jedną stronę) trafiam na przepisane leki (+ w ramach bonusu trafiam na kartkę z wypisanymi placówkami obsługującymi poszczególne osiedla – super wspaniale, idealny moment). Łącznie całe załatwianie zajęło mi blisko 4 godziny, a ledwo co na nogach stałem cały dzień. Nie powiem, że to nie był też mój błąd, po prostu mam ewidentne braki w wiedzy nt. działania służby zdrowia w Polsce, ale zdecydowanie niestabilna sytuacja w tym temacie nie ułatwia ogarnięcia tego wszystkiego, musiałbym chyba co chwilę chorować – wolę jednak nie…

Docieram do domu, czytam zasady stosowania leków, recepty itp. biorę co trzeba i jak trzeba no i okazuje się na zakończenie, że niestety nie toleruję za dobrze przepisanego antybiotyku i mimo, że mam osłonę, to i tak sporą część tego dnia spędziłem na tronie w świątyni dumania. Mam jeszcze brać to przez tydzień i teraz co wybrać – olać antybiotyk, może sam wyzdrowieję, a przynajmniej nie będzie mnie mielić, czy może lepiej dokończyć, wyzdrowieć (może) szybciej, ale w międzyczasie jelita wywiną mi się na drugą stronę… Mógłbym też iść do lekarza znowu, ale mam dość, nie mam siły, jestem chory, zresztą nie jest powiedziane, że akurat inny antybiotyk będę tolerować lepiej.

Podsumowanie: kupa straconego czasu, nerwów, zmęczenie przy chorobie i na zakończenie stos leków, których nie bardzo mogę użyć… a no i oczywiście portfel mi się odchudził o ponad 100 PLN… Już wiecie dlaczego nie byłem od tak dawna u lekarza? Bo przecież to oczywiste, że w tym czasie chorowałem – widać albo nie na tyle poważnie, albo byłem mądrzejszy. Następnym razem chyba poczekam aż będę potrzebować pomocy pogotowia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.